Zbigniew Kosycarz zapisał się w historii jako wybitny fotograf i reporter. Jednak jeszcze donośniej niż jego nazwisko przemawiają same zdjęcia. Przez 50 lat dokumentował życie w Gdańsku, wykonując ponad 80 tysięcy fotografii. Część z nich wciąż czeka na publikację, a te, które ujrzały światło dzienne, znakomicie oddają puls miasta, w którym każdego dnia coś się dzieje. Zimowe zabawy, letnie spacery, praca w polu, wpływające do portu statki – Kosycarz kochał to, co robił. Dzięki temu jego archiwum stało się prawdziwą maszyną czasu. Warto więc zajrzeć za kulisy codzienności fotografa na stronie gdanski.pro.
Droga do fotografii
Zbigniew Kosycarz urodził się w niewielkiej wsi pod Lubnią. Jego ojciec pracował na kolei, a matka zajmowała się domem – nic nie zapowiadało, że w rodzinie wyrośnie przyszły kronikarz miasta. Od najmłodszych lat łączył naukę z pracą i należał do najlepszych uczniów. Do szkoły uczęszczał w Kętach, gdzie ukończył edukację podstawową jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Nie znosił bezczynności. Jako młody chłopak pracował przy budowie dróg, był sprzedawcą w sklepie papierniczym i spożywczym. Później trafił do firmy Olesch Foto, gdzie po raz pierwszy zetknął się z fotografią. Choć nie spędził tam wiele czasu, to właśnie wtedy odkrył swoją pasję. W Kętach zorganizował także ruch harcerski, pokazując talent do działania i integrowania ludzi.
Kolejnym przystankiem na jego drodze był Kraków. To tam opublikował pierwsze zdjęcia, kontynuował naukę w szkole średniej i ukończył kursy dla kierowników propagandy oraz organizacji społecznych. Również w Krakowie zaangażował się w rozwój harcerstwa. Wkrótce został skierowany do Gdańska. Do nadmorskiego miasta przyjechał w 1945 roku – i został tu na stałe. Początkowo zamieszkał w Sopocie, gdzie objął funkcję komendanta harcerzy i zajął się integracją środowiska fotograficznego. Podjął także studia w Akademii Sztuk Pięknych, choć ostatecznie ich nie ukończył. Mimo napiętego grafiku z powodzeniem realizował kolejne projekty.
Kosycarz współpracował z wieloma redakcjami i każdego dnia utrwalał życie Gdańska. Najpierw w jego obiektywie dominowały powojenne ruiny. Z czasem, wraz z odbudową miasta, zmieniała się sceneria – a wraz z nią codzienność mieszkańców. Jego zdjęcia publikowały „Gazeta Morska”, „Marynarz Polski”, „Dziennik Bałtycki” oraz „Wiatr od Morza”. Wielokrotnie wypływał w rejsy transatlantykiem Batory jako fotograf pokładowy. Nawet wtedy nie przestawał pisać – relacjonował podróże dla lokalnej prasy. W 1949 roku rozpoczął etatową pracę w redakcji „Głosu Wybrzeża”, z którym związał znaczną część swojej kariery. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, dziennikarkę Ludmiłę. W 1959 roku małżeństwo zamieszkało przy ulicy Podwale Staromiejskie 89. To właśnie stamtąd dalej rozwijali swoje kariery i budowali życie w Gdańsku – mieście, które Kosycarz przez dekady z czułością i konsekwencją zamieniał w fotograficzną kronikę.

Życie za obiektywem
Rozwój Zbigniewa Kosycarza jako fotografa nierozerwalnie wiąże się z jego gdańskim etapem życia. Dorastał razem z miastem, w którym postanowił osiąść i z którym związał swoją przyszłość. Gdy przyjechał nad morze, dokumentował przede wszystkim powojenną ruinę. Potem w jego kadrach pojawiła się odbudowa. Wreszcie – powrót Gdańska do normalnego rytmu. Współpracował z władzami miasta, redakcjami i rozmaitymi instytucjami, co przełożyło się na imponujące portfolio. Ale pracował nie tylko na zlecenie. Taki miał charakter – nie potrafił stać bezczynnie. Gdy brakowało tematów z gazet, fotografował dla siebie. Jakby przeczuwał, że zwyczajne sceny codzienności z czasem nabiorą wyjątkowej wartości. Jeszcze za życia zdobył rozpoznawalność, a jego zdjęcia wielokrotnie nagradzano w konkursach.
Za temperament, refleks i niezwykłą umiejętność znalezienia się we właściwym miejscu o właściwej porze zyskał przydomek „latający reporter”. Znajomi podziwiali jego pracowitość, rodzina znała cenę tego sukcesu. Wolnego czasu miał niewiele. Nawet gdy obiecywał sobie odpoczynek czy przejście na emeryturę, szybko wracał do pracy. Z redakcyjnych zadań wracał późno, a skoro świt znów był w terenie. Aparat nosił zawsze przy sobie – nigdy nie wiadomo, kiedy wydarzy się coś wartego uwiecznienia. A wydarzało się często. Choć nie zajmował się fotografią artystyczną, to właśnie dokumentowanie codzienności najmocniej poruszało odbiorców. Kosycarz utrwalał pracę gdańszczan i ich chwile odpoczynku, wydarzenia kulturalne i polityczne, miejskie osobliwości oraz autentyczne ludzkie emocje.
Dzięki swojej twórczości stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych fotografów w Gdańsku i ambasadorem miasta na arenie ogólnopolskiej. Zdobył liczne nagrody w konkursach fotograficznych oraz medale za działalność na rzecz miasta. Spośród wszystkich wyróżnień najbardziej cenił tytuł Gdańszczanin Roku oraz dziedzictwo, które pozostawił w archiwach Gdańska.

Fotograficzna dynastia
Zbigniew Kosycarz pozostawił Gdańskowi nie tylko bezcenne archiwum zdjęć. Wychował także kolejne pokolenie fotografów – swoim następcą uczynił syna, Macieja Kosycarza. Wraz z żoną Ludmiłą stworzyli prawdziwą medialną dynastię. Ona pisała artykuły, on dokumentował rzeczywistość z aparatem w ręku. Jak po latach wspominał ich syn, byli świetnym duetem – jedynym minusem była ich bezgraniczna pracowitość. Maciej dorastał, obserwując rodziców, którzy od świtu do nocy żyli pracą. Szybko zrozumiał, jak wymagający to zawód. Już jako dorosły mówił wprost: nawet jeśli kocha się swoją profesję, trudno wytrzymać takie tempo. A jednak Zbigniew, mimo kolejnych obietnic, nie potrafił rozstać się z fotografią.
Często wyjeżdżał, relacjonował wydarzenia, bywał wszędzie tam, gdzie działo się coś ważnego. By spędzić więcej czasu z synem, zabierał go ze sobą. Maciej podpatrywał ojca przy pracy i już jako sześciolatek zrobił swoje pierwsze zdjęcie. Uwiecznił na nim Stanisława Michalskiego podczas meczu dziennikarzy z aktorami. Ojciec opublikował fotografię i podpisał ją nazwiskiem syna. Z czasem Maciej przynosił aparat do szkoły, fotografował kolegów, nauczycieli i codzienne życie ulic Gdańska. Mimo to nie planował kariery fotografa. Gdy miał 17 lat, zmarła jego matka – Ludmiła – i musiał szybko dorosnąć. Był przedsiębiorczy, próbował różnych sposobów na zarobek. Prowadził wypożyczalnię płyt CD, później otworzył sklep muzyczny. Namowy ojca, by przejął rodzinne rzemiosło, długo nie przynosiły efektu.
Przełom nastąpił po śmierci Zbigniewa. Wtedy Maciej zdecydował się wrócić do fotografii – tym bardziej że miał do niej talent. Choć nie zdążył w pełni skorzystać z doświadczenia ojca, bo brakowało czasu i nie zawsze chciał słuchać rad, zaczął budować własną drogę w zawodzie. Najpierw współpracował z dobrze znaną rodzinie redakcją „Głosu Wybrzeża”, a później założył własną agencję. W 1996 roku powstała Kosycarz Foto Press. Studio dynamicznie się rozwijało, a Maciej konsekwentnie porządkował i upowszechniał archiwum ojca. Zbigniew wielokrotnie obiecywał, że uporządkuje swoje zbiory – ostatecznie zrobił to jego syn. Zdążył ocalić i opracować ogromną część dorobku, zanim sam przegrał walkę z chorobą nowotworową, która wcześniej zabrała także jego ojca. Po śmierci Macieja prowadzenie agencji oraz opiekę nad spuścizną przejęła jego żona, Hanna Kosycarz. Dzięki temu rodzinne dzieło trafiło w pewne ręce, a historia zapisana w tysiącach fotografii wciąż żyje.

Upamiętnienie
Po śmierci Zbigniewa Kosycarza jego największym ambasadorem stał się syn – Maciej Kosycarz. To on z determinacją porządkował archiwa ojca i pokazywał światu setki niepublikowanych wcześniej fotografii. W ten sposób pielęgnował pamięć o bliskiej osobie, ale też oddawał sprawiedliwość twórcy, który zasługiwał na szeroką prezentację swojego dorobku. Maciej zaczął wydawać tematyczne albumy, bo materiału nie brakowało. Zdjęć było tak dużo, że mógł tworzyć różnorodne wybory, m.in. „Niezwykłe zwykłe zdjęcia” czy „Niezwykłe zwykłe zdjęcia z lotu ptaka”. Ważnym elementem upamiętnienia stały się także plenerowe wystawy, które pojawiały się w przestrzeni miasta. Zespół agencji współorganizował również konkurs Gdańsk Press Photo – coroczne wydarzenie poświęcone fotografii prasowej, nazwane na cześć Zbigniewa Kosycarza. Wybór patrona był oczywisty: przez dekady uchodził za mistrza w swoim fachu i kronikarza żywych momentów z historii miasta.
Przez lata Zbigniew dokumentował dzieje Gdańska, a po nim tę misję kontynuował Maciej. Obaj byli doskonale znani mieszkańcom – niemal natychmiast pojawiali się tam, gdzie działo się coś ważnego. Miasto również postanowiło oddać im hołd. W 2020 roku jeden z gdańskich tramwajów otrzymał imiona Zbigniewa i Macieja Kosycarzów. Rodzina przez lata mieszkała przy ulicy Podwale Staromiejskie 89. To miejsce stało się częścią ich historii. W 2025 roku na fasadzie budynku powstał mural autorstwa Jacka Koślickiego i Jacka Zdybela. Przedstawia fotografów w towarzystwie króla Zygmunta II Augusta. Z założenia ma być jednym z wielu symboli, które utrwalą pamięć o artystach w miejskiej przestrzeni. Dorobek ojca i syna można dziś oglądać w archiwum Kosycarz Foto Press – obszernej fototece, która pozostaje żywą kroniką Gdańska.
